czwartek, 19 kwietnia 2018

"I tak jak rzeka, płynąć naprzód i nie czekać..."

Nawet nie zauważyłam, że ostatni post był równo 300-setnym na tym blogu. Taki okrągły.
Wiadomo -  ten blog, to nie jest mój pierwotny blog, ale zachowałam prawie wszystkie wpisy z poprzedniego. Dlatego ta 300 taka "uroczysta". :D
Także dziś wpis nr 301.

I tak, wiem, że pisałam mniej więcej tydzień temu, ale w ostatnie dni mam taki ogromny przypływ energii, że muszę się tym podzielić. Też poniekąd dlatego, żeby nie było, że piszę tylko wtedy kiedy jest źle, kiedy mam spadek nastroju lub jakieś rozterki.
Generalnie od przedwczoraj jest jakiś kosmos! Już dawno nie miałam w sobie tyle chęci do życia co teraz. To nie zdarza się często, dlatego warto to zapisać haha :D
A najdziwniejsze jest to, że zupełnie nie ma przyczyny tego stanu rzeczy. Nie wydarzyło się nic, co miałoby mnie uszczęśliwić na tyle, że zaczęło mi się chcieć chcieć.
Wszystko po staremu, angina przeszła, bólów głowy nie ma od niedzieli (tfu, tfu, tfu - odpukać, ale serio ostatnio tyle dni przerwy to już coś), słoneczko świeci w najlepsze, wysypiam się ostatnio - być może to mnie tak nastraja.

Wczoraj choć miałam tyle chęci i werwy, to nie udało mi się zrobić prawie nic. Chciałam myć okna - nie miałam czym, chciałam sadzić kwiaty na balkonie - zwiędły, chciałam załatwić praktyki - nie zastałam pedagog w szkole. Dzień pomyłek, ale humor i chęci mnie nie opuściły. I tak biegałam i biegałam aż narobiłam sobie odcisków na nogach. Coś one nie mogą się przystosować do wiosennego obuwia. Do wypracowania.

Ale żeby nie było tak kolorowo, to w poniedziałek byłam na zajęciach, wczoraj też i naprawdę ciężaru i głupoty bab z mojej grupy nawet mój dobry humor nie był w stanie unieść, musiałam wyjść i serio, szczerze nie mogę doczekać się końca tych studiów, żeby nie musieć ich wszystkich już oglądać. Jestem na dobrej drodze (chyba), wczoraj próbowałam załatwić praktyki, a dziś zabrałam się do pisania pracy. Ogarnęłam techniczne rzeczy i wyprodukowałam 2 strony - od czegoś trzeba zacząć, pierwsze koty za płoty, dalej już chyba jakoś pójdzie, jestem dobrej myśli.

Jedyna rzecz, którą zdołałam sobie załatwić to to, że w końcu zamówiłam sobie okulary, będą na poniedziałek, czekam czekam, bo już tak ciężko mi czytać.

A jutro już piątek. Noo intensywny miałam tydzień, a jutro będzie jego dopełnienie.
Chciałabym, żeby taki stan nie opuszczał mnie przez długi czas. Może pora obudzić się na tą wiosnę?
Bo jeszcze mam tyyyyle do zrobienia, do pozałatwiania i jedyne czego mi brakuje to czasu. Tyle bym chciała, ale nie zepnę tego w ciągu jednej doby, dlatego znów muszę wybierać pomiędzy sprawami, co zrobić a co zostawić na inny czas.

Ale mi tu wyszedł misz-masz. Taki w zasadzie skrót ostatnich dni. I oby takie były też kolejne... :D


czwartek, 12 kwietnia 2018

"Nie wiem jak Ty, ale ja bym powalczyła. Jeszcze nie wszystko stracone, daj nam chwilę..."

Kwiecień-plecień, zaczął się całkiem nieźle, bo od świąt, które w tym roku spędzaliśmy całe razem, bo K. miał wolne jak nigdy. Szkoda tylko, że było tak zimno, choć poza tym bardzo przyjemnie zleciał ten świąteczny czas.

Od świat w zasadzie czas zleciał jak szalony, nawet nie wiem kiedy. Zaraz już połowa miesiąca, a ja nadal zahukana i w lesie. I w dodatku chora na anginę. Ta zdradliwa pogoda mnie załatwiła. Niby doczekałam się upragnionego słońca i ciepła, ale do tego wszystkiego tak często wieje wiatr, że głowę urywa i o, choroba gotowa :/ A miałam plany wreszcie wziąć się za praktyki, poszukać książek do pracy i duuupaaa. Najlepiej nie planować chyba.

I tak stanęłam w miejscu teraz z cała swoją robotą, ogólnie ostatnio nic mi się nie chce, a to wszystko przez to, że tak często boli mnie głowa, że nic nie mogę wtedy zrobić. Chyba migreny tak mi się nasiliły :(  Termin do neurologa -  fartem na wrzesień :/ spoko, może przeżyje jeszcze te pół roku haha Skąd się biorą te kolejki do lekarzy?

Nie mam dzisiaj weny jakoś, ciężko mi idzie to pisanie, choć tyle myśli miałam w głowie, to gdzieś mi uleciały...

W naszym związku ostatnio układa się bardzo dobrze. Czasem trochę się kłócimy, ale nie trwa to długo i raczej o pierdoły. Poza tym są momenty, że czuję się jak na początku. O ile dobrze pamiętam, to dziś jest chyba 5 rocznica dnia, w którym się poznaliśmy <3
I kto by pomyślał, że to tak się wszystko rozwinie. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że podziwiam mojego K., że tak ze mną wytrzymuje, moje humorki, moje zmienne nastroje, problemy, cały mój "worek" życiowych doświadczeń. Bywało różnie, ale on zawsze chciał walczyć o nas, nawet kiedy mi już nie zależało, to jemu tak. Chyba mnie kocha, skoro dźwiga to wszystko i dalej mu się chcę.
A ja czasem tego nie doceniam, tylko jeszcze się czepiam i czepiam, i widzę to co, złe, zamiast uwydatniać dobre. Straszna jestem.
Ale obiecałam sobie poprawę i wprowadzam to w życie. W sumie trochę przez wyskoki "Y" zdałam sobie sprawę jak mi jest dobrze z K., jak stabilnie, jak bezpiecznie, jak bardzo czuje się kochana i doceniana. Czyli koniec końców na dobre mi ta cała historia wyszła.

A a propo "Y", to zablokowałam go ostatnio, jeszcze w marcu w sumie, za to że ze złości obracał wszystko co mu kiedyś mówiłam przeciwko mnie, myślał, że jest cwany, naubliżał mi, dowalił a kiedy napisałam mu, że kocham mojego K. najbardziej na świecie, to napisał, że od dziś się nie znamy... To spełniłam jego prośbę, nie znamy się? Okej, wywaliłam jego i jego dziewczynę ze znajomków i poblokowałam oboje. Wczoraj pisał do mnie coś tam, że przeprasza i że sam siebie zawiódł że mi tak powiedział bla bla bla. Śmieszne to jest dla mnie i smutne zarazem, że wieloletnia nasza relacja zakończyła się w ten sposób. Trudno. Wszystko jest po coś, to i ta historia widocznie musiała się zdarzyć, żebym doceniła K. i nasz związek.

Teraz będzie tylko lepiej.



niedziela, 18 marca 2018

"Od święta odważę się chcieć, chcieć czegoś naprawdę..."

Jesteśmy już za połową marca, wiosna za pasem, choć wcale jej nie widać. Noo poza niedzielą w tamtym tygodniu, kiedy można było chodzić prawie bez wiosennej kurtki.
Szkoda, że znów przyszły mrozy.
Naprawdę jakoś mnie ta zima w tym roku wyjątkowo wymęczyła. Wyczekuje ciepła, słońca.
W tamtą słoneczną ciepłą niedzielę, kiedy to wróciliśmy od I., to miałam tyyyyle energii, że mogłam góry przenosić. Mega dzień.

A później to już znów nastrój poszedł w dół, razem z aurą i ogólnym samopoczuciem.
W sumie zaczynam się już przyzwyczajać do tych huśtawek emocjonalnych i nastrojowych, co nie oznacza, że je akceptuję.
Ostatnio naszła mnie taka refleksja, że im mniej mam do zrobienia, to tym bardziej mi się nie chce. Dziwny paradoks. Bo jak jestem na wyższych obrotach, otacza mnie masa spraw do załatwienia, to i jakoś motywacja większa i energii więcej i jakoś to idzie. A jak tylko kilka rzeczy, to je przesuwam i przesuwam i znów taka niemoc mnie ogarnia. Wtedy wstanie z łóżka (które to ma taką ogromną moc przyciągania) i ogarnięcie się narasta do granic niemożliwego.

W najbliższym czasie muszę ogarnąć bieżące sprawy, praktyki i wypożyczyć książki i zacząć pisać w końcu magisterkę, bo do czerwca muszę oddać dwa rozdziały :O Niby niewiele tego jak na tak długi czas, a jednak... Do tego znów epizody pracy gdzieś pomiędzy, no i zajęcia, na które przez moją obecną grupę, baardzo nie chce mi się chodzić. Serio, na licencjacie myślałam, że trafiałam na beznadziejnych ludzi w grupie. Ale ta tu na magisterce, z tym przerostem ambicji i wszechwiedzą bije na głowę wszystkie inne. Nic to - w końcu zostało mi mniej więcej 1,5 semestru, więc już bliżej, niżeli dalej, jakby nie było. A od października prawdopodobnie zacznę podyplomówkę. Ciekawe jak tam trafię...

Z aktualności jeszcze, to cóż.... Generalnie marzec, to taki nudny miesiąc, za wiele się nie dzieje jak widać. W ogóle to czuje jakby to była jakaś cisza przed burzą. Ostatnio mam jakieś dziwne przeczucia, lęki i negatywne myśli. Mam nadzieję, że niesłusznie i że to po prostu spadek formy po zimie i nic więcej.

A między mną i K. spokojnie, lepiej, dużo lepiej. Choć wciąż pracujemy nad sobą. Progres jest, to najważniejsze.
Z "Y" nie gadam nadal. 8 marca pisał życzenia z okazji Dnia Kobiet i nie omieszkał zapytać jak tam mi się życie układa haha...Nooo skontrolowanie tematu musiało być. Odpisałam mu zdawkowo, że nie jest źle, na co już nie odpowiedział. Chyba zrozumiał, że rozmowy, ani zwierzeń już nie będzie. Poza tym na portalach społecznościowych wszędzie widzę, że jednak jego związek jak najbardziej kwitnie. Wcale nie wrócił do Polski jak zarzekał w lutym, a tymbardziej nie zakończył związku. Kit nad kitami... To wszystko tylko wyraźniej akcentuje mi jaki z niego krętacz. To chyba już tak pozostanie ta sprawa w tym miejscu. Dobrze....

Za 2 tygodnie święta... Tak jakoś szybko. A za tydzień wreszcie przestawiają czas i będzie dłuuugo jasno, luuuubie tooo :D I czekam, to mój ulubiony aspekt wiosenno-letniej pory. :D
Tak więc byle do.... ;)


środa, 28 lutego 2018

Dziewczyna, którą kochałeś...

...tytuł posta nawiązuje do książki, lecz to, co chcę napisać dalekie jest od jej fabuły.

Ten tytuł chodził mi po głowie już od dawna i zastanawiałam się czy warto poświęcić znów temu kolejną notkę na blogu, bo poprzednich trochę żałuje, mimo, że wiem, że musiały one powstać, bo tak mi grało w sercu.
Teraz już...nie gra nic. Ale zdecydowałam, że napiszę, aby zakończyć już raz na zawsze ten temat. Ten duuuży rozdział życia pt."sprawy z "Y".
Wiem, wiem, już wiele razy tu się żegnałam i miało być ostatni raz i w ogóle. Ale wtedy jeszcze wszystkie sprawy nie były wyjaśnione i coś wisiało w powietrzu. Teraz już wszystko jasne, wszystko jak wiadomo wyjaśniło się pół roku temu i przez ten czas mieszało się jak w shake'rze :P Po czym sprawy ułożyły się niejako same, a w zasadzie to on, poprzez to, że pokazał, jak bardzo nie można mu ufać i jak bardzo nie bierze mojego zdania pod uwagę, wyklarował mi wnioski.
Nie chcę więcej kontaktu, mimo wielu lat, mimo tylu przejść... Oprócz koleżeńskiej wymiany grzeczności, nie chcę pozwalać na nic więcej i zamierzam być w tym konsekwentna.
Bo to, co było to przeszłość...i właśnie...:
Dziewczyna, którą kochałeś (a przynajmniej tak twierdziłeś), była w stanie oddać dla Ciebie wszystko, byłeś dla niej numerem jeden, wybaczała Ci dużo i zawsze, bo bardzo jej na Tobie zależało, kłóciła się sama ze sobą, usprawiedliwiając Cię i Twoje czyny, które już wtedy wielokrotnie zakrawały na olewatorstwo, wiedziała, że przez to zawsze do niej wrócisz a ona Cię potrzebowała...
Ta Dziewczyna, którą kochałeś pamięta też te całe dobro, które dla niej robiłeś i wdzięczna Ci jest za wiele rzeczy...
I Dziewczyna, którą kochałeś, też przez pewien czas kochała i Ciebie, aż nie przyznawała tego samej sobie, żeby Cię nie stracić, dlatego, jeśli ktoś pytał, twierdziła, że po potrafi zdefiniować rodzaju tej znajomości...
Ale jak widać, wszystkie te rzeczy, to już definitywnie czas przeszły, bo...:
Dziewczyna, którą kochałeś, jest już po tych latach całkiem inna...
Dziewczyna, którą kochałeś, jest nadal bardzo sentymentalna, ale poprzez upływ czasu potrafi się do pewnych spraw zdystansować...
Dziewczyna, którą kochałeś, ceni sobie spokój i bezpieczeństwo, nie lubi kiedy działa się wbrew niej, kiedy nie ma kontroli nad własnym życiem, poprzez czyjeś czyny...
Dziewczyna, którą kochałeś, lubi kiedy, ktoś się nią opiekuje, ale też potrafi z pełną świadomością sama określić co jest dla niej dobre...
I przede wszystkim: Dziewczyna, którą kochałeś jest już zajęta przez innego mężczyznę, który mimo wielu burz, nadal na każdym kroku pokazuje, że mu na niej zależy i że ją kocha.
A poza tym: Dziewczyna, którą kochałeś, już nie ufa Ci za grosz, nie powierzy Ci już żadnego sekretu i... Dziewczyna, którą kochałeś wie, jak bardzo kłamiesz i że rozmawiasz z nią tylko w przypływie złości na swoją obecną dziewczynę a nie chce być tą drugą na pocieszenie...
Podsumowując: Ta dziewczyna przejrzała na oczy, nie idealizuje Cię już, tylko stawia w prawdzie i wie, że ta relacja byłaby toksyczną...
I oto koniec tej melodramatycznej historii, która zaprzątała moje serce przez ostatnie miesiące... Jak widać zupełnie niepotrzebnie...
Dobrze, że nie uległam, że nie zniszczyłam wszystkiego, co mam... To chyba był taki sprawdzian..

A ogólnie co tu?
Luty, krótki miesiąc, ale dla mnie trwał jakoś tak dłuuuugo... Może dlatego, że miałam dużo wolnego, byłam chora, więc dużo leżałam i nic nie robiłam, a wtedy się ciągnie.
I cóż... Miesiąc żegna nas siarczystymi mrozami, a mnie powitał nowym semestrem na studiach, na które pomykam póki co z wielką chęcią i zapałem :)
I generalnie był to towarzysko bardzo fajny czas, po moich urodzinach trochę odświeżyłam stare licealne znajomości, poprzez wyjście z dziewczynami i wiadomości wymieniane z Trodż "po latach".
Także nooo, mimo wszystko to był dobry miesiąc.

czwartek, 15 lutego 2018

"Na nieba niebieskiej gałęzi" - ćwierćwiecze...

I tak wraz z tym, że nadszedł ten 2018 rok, którego zawsze byłam taka jakaś ciekawa...dziś mija ćwierć wieku odkąd się urodziłam... 25 lat :o 
I tak naprawdę wcale tego nie czuję, cały czas wydaje mi się, że to jeszcze takie studenckie życie, że jeszcze na wszystko mam czas...

Taka refleksja mnie naszła ostatnio, że kiedy miałam 18-20 lat i myślałam o tym, co będzie kiedy będę miała  te 25 lat, to w głowie miałam, że to już taka mega dorosłość, że pewnie będę już po ślubie, że będę miała dzieci (no a przynajmniej jedno dziecko), rodzinę, pracę...
A tak naprawdę przez ostatnie 5 lat niewiele się zmieniło. Trochę mi się zrobił głupio, że nadal pozornie jestem w tym samym miejscu. Dlaczego pozornie? 
Bo kiedy głębiej się nad tym zastanowić, to mimo, że okoliczności mojego życia są podobne niż 5 lat temu, bo... nadal z K. jesteśmy tylko w związku, nadal wynajmujemy to samo mieszkanie, nie mamy potomstwa, nie mam stałej pracy (właściwie w tym momencie to nie mam żadnej pracy), nadal studiuje i nie mam na siebie konkretnego planu..tooo.... trochę się przez ten czas wydarzyło. Pomijając te nieudane plany ślubne, nasze kryzysy itepe, to jednak przecież pracowałam już w tylu miejscach, skończyłam pierwszy stopień studiów uzyskując tym samym wyższe wykształcenie, trochę razem przeszliśmy różnych problemów, sytuacji tych lepszych i gorszych, co w jakiś sposób też na pewno nas scaliło i pozwoliło na jakieś doświadczenia, różne też bywały stosunki ze znajomymi, jedni zostali, inni odeszli, no i głośna sprawa z "Y", która wniosła taki rozgardiasz w moje życie, a którą trzeba było wyjaśnić te 5 lat temu, zamiast teraz. 
Tak czy inaczej jakiegoś gigantycznego postępu nie było. :P 

Tak więc życzę sobie, jednocześnie mając nadzieję, żeby w przeciągu następnych 5 lat, zmieniło się już więcej :) 
Może jednak ten ślub, jakieś dzieci, jakaś fajna praca --> tak, to chyba te priorytety, które bym chciała spełnić. 
No i czego jeszcze, tak trochę egoistycznie chciałabym sobie życzyć? Oczywiście mnóstwa zdrowia i sił witalnych na zmaganie się z rzeczywistością, dobrych stosunków z rodziną i najbliższymi znajomymi i.... szczęścia po prostu... 

Co do szczęścia, to... hm tak wiele znów się ostatnio działo. 
Sama nie wiem od czego zacząć. Najważniejsze jednak w tej historii jest to, że dzięki niej już mam ostateczną pewność czego chcę a czego nie. 
Bardzo wkurzyłam się na "Y"... Pomijając fakt, że widzę perfidnie, że on coś kręci i jakoś coraz mniej wierze jego słowom, to jeszcze chcąc mi niby pomóc, bez mojej zgody i mimo mojego stanowczego sprzeciwu wtrącił się znacząco w moje sprawy "rodzinne", wplątując mnie tym samym w bardzo niezręczne i trudne sytuacje, których ja nie chciałam.
Wściekłam się na niego, głównie o to, że nie szanuje mojego zdania, bo bardzo prosiłam go, żeby tego nie ruszał, bardzo dobrze mu argumentując dlaczego, a on, że on wie lepiej i jeszcze był taki zadowolony z tego co zrobił i twierdzi, że drugi raz zrobiłby to samo. 
Ta sytuacja pokazała mi bardzo klarownie, to co już kiedyś miało miejsce. On zawsze robił co chciał, uparty był. I teraz już wiem, że jeżeli byśmy mieli stworzyć kiedyś związek, byłoby tak nieustannie. Brak zaufania, strach o to co zrobi, nie słuchanie mnie. Taki brak szacunku.
Dotąd myślałam, że chociaż przyjaźnić się możemy, ale teraz już też widzę, że nawet to nie, bo przez to, co zrobił straciłam do niego zaufanie, bo pokazałam mu coś w tajemnicy a on to wykorzystał. 
Przykro mi i żałuje, ale widocznie tak miało być. To musiało mieć taki koniec, żeby ta sprawa miała wreszcie swój kres. 
Teraz już bardzo mało interesuje mnie co u niego, czy on z nią jest, czy nie, czy jest mu dobrze, czy źle... Sam stwarza sobie problemy, prosi o pomoc a tak naprawdę nie pozwala sobie pomóc, bo jest uparty i wydaje mu się, że wie wszystko najlepiej. No to niech sobie radzi. 

I w tym wszystkim znów bardzo pozytywnie zaskoczył mnie mój K., swoją spokojną reakcją na to wszystko, wsparciem po prostu. 
Chyba jednak dobrze wybrałam... K. to taki mój katalizator, uzupełnia mnie bardzo dobrze. Kiedy ja się wściekam, smucę, wpadam w jakieś skrajne emocje, on swoim spokojem i refleksją potrafi mnie uspokoić, jakoś to wszystko wygłuszyć. Jest to fajne, szczególnie wtedy, kiedy te negatywne emocje mi szkodzą. Ten jego stosunek jest jak balsam dla duszy...
Owszem, czasami jest bardzo absorbujący i mnie denerwuje, czasem jestem nim zmęczona, ale generalnie w tylu sytuacjach, w których byliśmy, zdawał egzamin...
A ostatnio.... staram się i jest naprawdę bardzo fajnie między nami. Ostatnie dni można powiedzieć, sielanka... 
Walentynki piękne... Byliśmy w kinie i dostałam kwiatki i byliśmy na ciachu i kawie, tam, gdzie mieliśmy mieć wesele i na spacerku. Klimat był super, bo mróz, bo biała szadź na łąkach i drzewach... Bajka ;) Chciałabym, żeby tak zostało, już na dobre... 
Wystarczy już tych zawirowań, górek i zakrętów. Czy możemy być wreszcie szczęśliwi i dopełnić ten nasz związek ślubem? Znów zaczynam o tym myśleć... 
Chyba przezwyciężamy ten kryzys... Bywa różnie, wiem. Jeszcze nie raz będę płakać, ale dużo spraw to też kwestia mojego nastawienia, czasem wiele spraw wyolbrzymiam, porównuje i oczekuje ideału. A dobrze wiemy, że tak nie ma nigdzie, prawda? 

No dobra, koniec. Ale się dziś rozpisałam... Ale w końcu taki wyjątkowy dzień, to tak wyjątkowo i o tym wszystkim, co w ostatnich dniach.
A aż do niedzieli czeka na mnie wiele atrakcji :) Fajny kurcze ten tydzień, walentynki, moje urodziny, w sobote spotkanie z moimi dziewczynami z Liceum a w niedziele kawka i relacja z ostatnich wydarzeń z moją A., a od przyszłego tygodnia znów zajęcia się zaczynają. Noo znów zaczyna się dziać i....znów mi z tym dobrze :) 

środa, 7 lutego 2018

"Jak posklejany wazon, co ledwie trzyma fason..."

Domowe melodie tak bardzo cały czas u mnie na topie, z przymrużeniem oka, ale trafione w punkt.

No i luty zawitał, pierwszy miesiąc tego roku odszedł w niepamięć. Ależ był intensywny, skupiony głównie na uczelni. Na szczęście sesja do przodu, z całkiem niezłym rezultatem, tylko jedna 3 :D Jestem z siebie zadowolona, jak zwykle tak dużo wydawało się do ogarnięcia a poszło...

Teraz ferie... A ja chora :( Tyle czasu się trzymałam, moja odporność dawała rade, suplementowałam się probiotykiem, tranem, witaminą c i cóż... i tak mnie dopadło. Ale dobrze, że po sesji a nie w jej trakcie w sumie. Obym odzyskała siły do walentynek i swoich urodzin.

Mam już dość tej zimy ogólnie, chyba pierwszy raz tak jakoś marzy mi się słońce i ciepło, dziwne nie? Ale jakos psychicznie mnie ta cała aura wykańcza, ciągle czuję się taka porozbijana. I to zupełnie bez powodu. Sesja poszła, z K. jest nieźle, spięcia zdarzają nam się coraz rzadziej, czyli nie ma się czym martwić. Choć bycie ze sobą jest czasami tak trudne, ciężko przeczuć co w sercu gra, ciężko przewidzieć, którą drogą powinniśmy iść. Niekiedy wydaje mi się, że to wiem, a poźniej znów jest na odwrót. Czekanie z dnia na dzień co przyniesie czas, próby pracy nad sobą i nad nami, to, to, co cały czas króluje u nas w życiu. Jednocześnie świadomość, że tak ciężko byłoby bez siebie, bez względu na wszystko.

I do tego niekończąca się historia z "Y", który ostatnio stwierdził, że rozstaje się ze swoją dziewczyną i wraca do Polski i że tak bardzo cieszy się, że jestem i że może mi się pożalić. Heh... A miało już być bez żadnych takich. Choć wtedy przy tej rozmowie bardzo dawałam mu do zrozumienia, żeby sobie niczego nie wyobrażał z mojej strony już, że jest dla mnie przyjacielem, był nim i zawsze będzie i że ma moje wsparcie w każdej sprawie, ale to tylko tyle i aż tyle. Dlatego rozmawialiśmy jak kiedyś, jak dwie osoby, które znają siebie, jak przyjaciele i chyba to odpowiada mi najbardziej. Pytał, czy mój K. wie o tej całej historii, która nam się zdarzyła. Zgodnie z prawdą powiedziałam mu, że wie od samego początku, bo ja nigdy go nie oszukałam ani nie okłamałam, ani nic z tych rzeczy, to ("Y") był tak wielce zdziwiony, że wszystko mu (K.) mówię. Hmm.. takie dziwne? Różne mogły być zakończenia tej historii, jednak szczerość w związku to podstawa. Ponad wszystko.

"Y" swoją drogą coś ucichł ostatnio. Jak na moje to on wcale nie wróci, ani się z nią nie rozstanie. No i dobrze, tak by było najlepiej.

Cóż... nic dodać, nic ująć. Zobaczymy, co przyniesie nam ten miesiąc zakochanych i pod znakiem czego upłynie. Ja sobie teraz spokojnie nadrabiam zaległości, w sprzątaniu, w czytaniu, w oglądaniu i jest mi z tym dobrze, bylebym tylko wyzdrooowiała :)


wtorek, 16 stycznia 2018

"Późno dostałam Ciebie.. Za późno, żeby Cię zatrzymać, miły, pod powiekami..."

Już połowa pierwszego miesiąca Nowego Roku... a ja nadal nie przyzwyczaiłam się, że już 2018..

Dziś w nocy spadł pierwszy śnieg tej zimy, który na dobrą sprawę poleżał niecały dzień... Szkoda, trochę tęsknie za śniegiem. Tegoroczna zima jest tak "pluchiasta" (chyba wymyśliłam nowe słowo), że aż czuję do niej niechęć. Dziwne..
Nie mogę się jakoś pozbierać w sobie do niczego ostatnio. Przede mną sesja zaliczeniowa. Ten i następny tydzień to kosmos. Codziennie coś. Miałam tyle czasu, ale nie miałam mocy w sobie, żeby się za to wszystko zabrać. Coś w tym jest chyba, że kiedy pracujesz, pracujesz, pracujesz i wszystko robisz na 200%, to nagle następuje takie zmęczenie materiału, że w pewnym momencie odpuszczasz sobie wszystko. I tak to chyba zadziałało też u mnie. Generalnie znów sprawdziła się u mnie metoda listy - uporządkowania wszystkiego, co mam do zrobienia, jak sobie spisałam, to jakieś to się wydało łatwiejsze. I powoli ogarniam rzecz po rzeczy... Ale idzie mi to baardzo ciężko. Znów brak mi takiej witalności.. Trawie tak dużo czasu, praktycznie na nic.
Czekam na luty, na nowy plan zajęć, na wolne, wtedy też w zależności od planu ogarnę coś z pracą. Póki co najważniejsza ta sesja.

U nas z K. raz lepiej, raz gorzej. Cały czas gdzieś tam się miotam. Nie jest źle, bywają nawet momenty, w których znów jesteśmy bardzo blisko, ale bywają też gorsze, kiedy mnie wkurza i nieustannie taka huśtawka.
 "Y" z kolei znów się odzywa, chyba głównie wtedy, kiedy kłóci się ze swoją dziewczyną. Te wiadomości o dziwo nie robią już na mnie aż takiego wrażenia jak wcześniej. Przetrawiłam to. Wiem, że nie mamy szans. Jesteśmy tak inni.. On zawsze będzie częścią mnie gdzieś tam, jakiś puzzel mojego serca należy do niego i zawsze będzie. Ale nic więcej. Z nim nie czułabym się stabilnie, tak jak czuję się z K., wiem to.
"Y" pisał, że nie może sobie wybaczyć tego, że nie mieliśmy odwagi pogadać ze sobą wtedy w przeszłości...Wypowiedzieć tego, co nie wypowiedzieliśmy. Uważa, że gdybyśmy to zrobili to dziś pewnie bylibyśmy po ślubie i mielibyśmy już dzieci. Śmiałe wnioski. W każdym razie, wracamy do tego przy każdej rozmowie. Żartował też, że jak będziemy mieć po 30 lat i żadne z nas nie będzie po ślubie, to że poślubimy się nawzajem. I szczerze? Kiedyś szalałabym ze szczęścia, gdyby tak powiedział a dziś zero emocji. To chyba dobrze...

I tak się plecie dzień za dniem w nowym roku, stare sprawy. Skąd wziąć duuużo energi, siły, chęci? Czy jest na to jakiś sposób? Byle do lutego.