wtorek, 16 stycznia 2018

"Późno dostałam Ciebie.. Za późno, żeby Cię zatrzymać, miły, pod powiekami..."

Już połowa pierwszego miesiąca Nowego Roku... a ja nadal nie przyzwyczaiłam się, że już 2018..

Dziś w nocy spadł pierwszy śnieg tej zimy, który na dobrą sprawę poleżał niecały dzień... Szkoda, trochę tęsknie za śniegiem. Tegoroczna zima jest tak "pluchiasta" (chyba wymyśliłam nowe słowo), że aż czuję do niej niechęć. Dziwne..
Nie mogę się jakoś pozbierać w sobie do niczego ostatnio. Przede mną sesja zaliczeniowa. Ten i następny tydzień to kosmos. Codziennie coś. Miałam tyle czasu, ale nie miałam mocy w sobie, żeby się za to wszystko zabrać. Coś w tym jest chyba, że kiedy pracujesz, pracujesz, pracujesz i wszystko robisz na 200%, to nagle następuje takie zmęczenie materiału, że w pewnym momencie odpuszczasz sobie wszystko. I tak to chyba zadziałało też u mnie. Generalnie znów sprawdziła się u mnie metoda listy - uporządkowania wszystkiego, co mam do zrobienia, jak sobie spisałam, to jakieś to się wydało łatwiejsze. I powoli ogarniam rzecz po rzeczy... Ale idzie mi to baardzo ciężko. Znów brak mi takiej witalności.. Trawie tak dużo czasu, praktycznie na nic.
Czekam na luty, na nowy plan zajęć, na wolne, wtedy też w zależności od planu ogarnę coś z pracą. Póki co najważniejsza ta sesja.

U nas z K. raz lepiej, raz gorzej. Cały czas gdzieś tam się miotam. Nie jest źle, bywają nawet momenty, w których znów jesteśmy bardzo blisko, ale bywają też gorsze, kiedy mnie wkurza i nieustannie taka huśtawka.
 "Y" z kolei znów się odzywa, chyba głównie wtedy, kiedy kłóci się ze swoją dziewczyną. Te wiadomości o dziwo nie robią już na mnie aż takiego wrażenia jak wcześniej. Przetrawiłam to. Wiem, że nie mamy szans. Jesteśmy tak inni.. On zawsze będzie częścią mnie gdzieś tam, jakiś puzzel mojego serca należy do niego i zawsze będzie. Ale nic więcej. Z nim nie czułabym się stabilnie, tak jak czuję się z K., wiem to.
"Y" pisał, że nie może sobie wybaczyć tego, że nie mieliśmy odwagi pogadać ze sobą wtedy w przeszłości...Wypowiedzieć tego, co nie wypowiedzieliśmy. Uważa, że gdybyśmy to zrobili to dziś pewnie bylibyśmy po ślubie i mielibyśmy już dzieci. Śmiałe wnioski. W każdym razie, wracamy do tego przy każdej rozmowie. Żartował też, że jak będziemy mieć po 30 lat i żadne z nas nie będzie po ślubie, to że poślubimy się nawzajem. I szczerze? Kiedyś szalałabym ze szczęścia, gdyby tak powiedział a dziś zero emocji. To chyba dobrze...

I tak się plecie dzień za dniem w nowym roku, stare sprawy. Skąd wziąć duuużo energi, siły, chęci? Czy jest na to jakiś sposób? Byle do lutego.

sobota, 30 grudnia 2017

U schyłku 2017…

Nie wiem, co będzie jutro, czy będę miała okazję poczynić podsumowanie 2017, dlatego postanowiłam, że finalnie zrobię to dziś.
W zasadzie pierwotnie i tak miałam podsumować go dzisiaj, bo jutro mieliśmy wyjechać do Wioseczki a później do znajomych, jednak K. dostał grypy żołądkowej, w związku z czym plany nam się zmieniły i zostajemy w domu :/
Jaki więc był ten rok 2017? Ciężko mi cokolwiek o nim powiedzieć, bo jedno jest pewne: na pewno nie był taki, jaki miał być. Ale o tym za chwilę. Po kolei więc…
Rok zaczął się dokładnie tak, jak skończył poprzedni. Styczeń był baaardzo ciężki, odbijała się na mnie praca bardzo mocno, ponadto urodził się mój trzeci braciszek Tymek, co też wiązało się z ogromnym stresem. Zbyt wiele mnie wtedy przytłoczyło i przerosło.
Luty był podobny. W zasadzie mogę stwierdzić, że styczeń i luty to miesiące totalnie wyjęte z życiorysu, do których nigdy już nie chciałabym wrócić. Jedyny pozytyw jest taki, że K. stawał wtedy na wysokości zadania i pokazywał, że naprawdę można na niego liczyć. W lutym też zrezygnowałam z tej wyniszczającej mnie psychicznie pracy oraz miałam ogromny zgrzyt w relacji z rodzicami K., przez który mam z nimi ograniczony kontakt aż po dziś dzień. W lutym też otworzyli mi studia magisterskie, które z chęcią rozpoczęłam.
Marzec minął pod znakiem studiów i odpoczynku psychicznego od poprzedniej pracy.
W kwietniu zaczęłam pracę w fast foodzie z moim bratem, miało być dorywczo, miało być na chwilę, a pracowałam tam aż do grudnia, przełamując swoje największe bariery fizyczne i psychiczne. Po tej pracy wiem, że żadna praca mi nie straszna, że dam radę wszędzie :) Był mega zapierdziel i o ile na początku było super fajna ekipa, tak pod koniec bardzo się popsuło, zmienili się ludzie, stało się ciężej, więc uciekłam z tonącego statku. Od kwietnia zaczęłam żyć bardzo intensywnie: tu uczelnia, tu praca, ciągle coś, ale było mi dobrze. Na wiosnę dostałam dużą dawkę energii. Od marca, przez kwiecień, maj i czerwiec schudłam do swoich starych rozmiarów, co bez wątpienia uważam na swój ogromny sukces. Mniej więcej jakoś tez w tym czasie postanowiliśmy po długim namyśle i batalii ze sobą i teściami, że odwołujemy ślub, że to jednak jeszcze nie ten czas, bo nie wiedzieliśmy, w którą stronę zmierza nas związek tak naprawdę. Ten rok, to w ogóle rok bardzo zły dla naszego związku. No może początek był super, a później kiedy doszło do podejmowania poważnych decyzji, organizacji ślubu to wszystko się pokomplikowało. Nie chciałam, żeby mój ślub kojarzył mi się tak źle.
Maj i czerwiec to generalnie kontynuacja dwóch poprzednich miesięcy jeśli chodzi o nasze relacje, czyli – pogłębianie kryzysu. A do pozytywów bez wątpienia zaliczyć można to, że pierwszy semestr moich studiów magisterskich zaliczyłam z bardzo dobrą średnią i bez żadnej poprawki! :) Byliśmy też na 40stce mojego chrzestnego, na której było między nami super. Później zmarł mój bliski wujek, co też poruszyło mnie gdzies tam w środku bardziej niż się tego spodziewałam.
Gdzieś w tych okolicach też zaczęły się tez moje częstsze niż dotąd kontakty z „Y”, znów powrót do przeszłości, wygadywanie się, żalenie, pisanie po nocach, te sprawy…
Lipiec… Zaczął się bardzo pracowicie, dniami mojego miasta, podczas których spłonął największy jego zabytek – katedra. Ta historyczna chwila zapisze się w mojej pamięci, jako ciężki pracowity dzień zwieńczony wyjściem z moją Katarzyną. Reszta miesiąca to ciężki zapierdziel w robocie.
Sierpień znów oprócz wytężonej pracy zaskoczył mnie pewnym faktem, który już chyba na zawsze w jakiś sposób zmienił moje życie. Mowa tu o rozmowie z „Y” i wypowiedzeniem w końcu tego, co „nie wypowiedziane” do tej pory. Bardzo to mnie wtedy poruszyło i gdzieś w środku trochę zmieniło. Nie mogłam się pozbierać, uciekałam w pracę. Fajną rzeczą w sierpniu była impreza firmowa, na której byłam z moim bratem. W sierpniu też udało mi się z ogrooomnym zaskoczeniem i radością spotkać w pracy mojego dawnego przyjaciela B. (o którym tu kieeeedyś pisałam). Raz byliśmy nad jeziorem, odwiedziliśmy też znajomych, jeździliśmy na działkę, ja często spacerowałam i spotykałam się z moją Agatą.  Ogólnie wakacje zleciały bardzo szybko, intensywnie i bardzo pracowicie, dawałam z siebie 200%, co później odbiło się zmęczeniem materiału, ale chyba było warto. Przynajmniej nie odczułam upałów, choć tych było w tym roku podobno bardzo mało (podobno, bo ja naprawdę przez ten zapierdziel tego nie pamiętam!).
Wrzesień był nijaki, znów pod znakiem pracy i rozdartym dla „Y” sercem. Szybko zrobiło się chłodno, w pracy odeszła połowa ekipy, więc zaczęło się pierdzielić.
W październiku zaczęły się znów zajęcia na uczelni i ten ciężki plan :/ Na początku mieliśmy z K. mały urlop, choć spędzony w domu. Gdzieś tam między wierszami nadal swoje 3 grosze wplątywał „Y”.
Listopad to czas szalony, uczelnia, praca, zmęczenie, karuzela z „Y”, praca nad związkiem z K. .
No i grudzień, który dla mnie zleciał wyjątkowo szybko, ale też był baaardzo pozytywny. Odeszłam z pracy, ale bardzo dobrze zaczęło znów dziać się między mną a K., inaczej niż dotąd, ale pozytywnie. Minęły też piękne święta spędzone w rodzinnym gronie, szczególnie wigilia, o której tak baardzo marzyłam była w końcu taka jak z tych marzeń. I cóż… Końcówka grudnia a tym samym roku, trochę nam sie pozmieniała, ale nic to. Przeżyjemy.
To był bardzo dokładny przegląd poszczególnych miesięcy. A jak bym podsumowała w paru słowach ten rok? Hmmm..
Inny, niż zakładałam. Bardzo skrajny, zaskakujący, może trochę barwny(?), emocjonujący. No jakiś jednak był. Nie jakoś szczególnie dobry, ale też nie jakoś szczególnie zły.
Jeśli chodzi o postanowienia, które sobie w tamtym roku postawiłam, to po części spełnione. Brałam z życia, tyle, ile chciałam i to, co chciałam. Nauczyłam się żyć chwilą, nie planować… Tu i teraz to dla mnie najbezpieczniejsza opcja.
Przeczytałam 57 książek, to jakieś 3 więcej niż rok temu :P
Wraz z pożegnaniem 2017 roku, żegnam też swój stary blog. Niestety, nie z wyboru, a z konieczności muszę się przenieść na blogspota. Kurczę, trochę przenosząc te notki czuję się jakbym się autentycznie przeprowadzała do nowego mieszkania. Od jakiegoś czasu, kiedy się tam „zalokowałam”, czuję, jakbym swoimi wpisami meblowała te kąciki. Teraz już zostało mi tylko przenieść cały 2016 rok i linki, do zaprzyjaźnionych blogów i już będę mogła sobie tam na spokojnie „zamieszkać”. Fajnie było przeczytać wszystkie notki od początku mojego pisania, powspominać, poanalizować. Robiłam to w częściach, bo wiadomo – trochę tego było. Najczęściej jednego dnia przenosiłam jeden rok. I….. jak skończyłam, to nie mogłam doczekać się, co będzie w następnym. Tak, jakbym czekała na kolejny odcinek jakiegoś serialu, albo może lepiej – kolejny rodział książki. Także…To ostatni wpis tutaj, który tez od razu pojawi się też tam.
Na koniec jeszcze tradycyjnie postanowienia: Czego życzyć sobie w przyszłym roku?
Na pewno, żebym zaliczyła jakoś tą sesję, choć duuużo przede mną. Żebym nadal żyła chwilą i czerpała z niej jak najwięcej. Żebym śmielej podejmowała trafne decyzje. Żebym była bardziej wymagająca i konsekwentna wobec siebie, nie odkładała spraw na później, tylko w pierwszej kolejności „połykała żabę”. I żebym żyła zgodnie z tym, czego naprawdę chcę. I żebym więcej się ruszała i zdrowiej się odżywiała. I żebym trafiła na pracę, która będzie mnie cieszyć. I żebym szczęśliwie dotrwała do kolejnego podsumowania, które już za rok ;)
Szczęśliwego Nowego Roku!

sobota, 23 grudnia 2017

W klimacie Świąt….

W tym roku święta cieszą mnie wyjątkowo, trwam w ich magii i niezmiernie się na nie cieszę! :) W końcu czeka mnie mega rodzinna wigilia, o jakiej marzyłam przez tyle lat… Dlatego poddaje się temu całemu świątecznemu szałowi i dobrze mi z tym.
Jedyny minus jest taki, że prawdopodobnie wigilię spędzimy z moim K. osobno, choć gdyby się postarać to możliwe byłoby spędzenie jej razem. Pierwszy raz jest tak, że mamy możliwość być razem, ale spędzimy ją osobno. Tak nam wygodniej, choć mi trochę szkoda, że w tej rodzinnej wigilii zabraknie kogoś, kto jest mi najbliższy. Ale trudno, jeszcze pewnie nie raz tak będzie. Spotkamy się w domu wieczorem, a resztę dni jakoś sobie razem podoklejamy. Sama się sobie dziwie, że nawet jakoś szczególnie mi nie zależy, żebyśmy byli tam razem, kiedyś bym mega rozpaczała. Teraz, owszem, jest mi przykro, ale no to nie tragedia i jakoś to w miarę szybko zaakceptowałam. Z czego to wynika? Czy z ostatnich przejść w tym roku, czy może radość ze spotkania z całą rodziną mi to rekompensuje?
W tym całym świątecznym ferworze, klimacie i magii dziś tak siedziałam i przyszło do mnie takie uczucie mega tęsknoty i braku… konkretnie „Y”… Grr ale dlaczego? Przecież nie pisaliśmy już, przetłumaczyłam sobie sama przecież, że to nie ma sensu, a jednak gdzieś tam ciągle o nim myślę i tak jakoś mi brakuje.. Ale w sumie, przecież był obecny ze mna tyle lat, tyle świąt też razem gdzieś tam w międzyczasie to nic dziwnego, że teraz w ten szczególny czas przychodzi mi na myśl.
A a propo…
Z racji zamknięcia platformy blog.pl, o której pisałam ostatnio, założyłam nowego bloga na blogspocie (na końcu notki dodam adres)i teraz przenoszę tam sobie wszystkie wpisy od powstania bloga. Aktualnie jestem na 2009 roku, czyli już takie moje wpisy 16latki, w których mega wyraznie pojawia się wciąż „Y”… Ogólnie siłą rzeczy przenosząc to archiwum czytałam wszystkie notki, odkąd miałam te 13 lat i……byłam pod mega wrażeniem. Poźniej z tego wszystkiego nie mogłam zasnąć, tyle wspomnień. I cóż mogę powiedzieć….czytając to wszystko, widzę teraz, że jak na swój wiek, to ja byłam zawsze bardzo taka „dojrzała emocjonalnie”, ale też miałam super dzieciństwo i ten okres wczesnego dorastania. To akurat bardzo miłe. I czasem sama jestem w szoku, że czytam niektóre wpisy, z tego 2007,08,09 roku i mam w pamięci jak siedziałam i je pisałam! Nie wszystkie, ale większość. Po takim czasie, dziwne uczucie. Fajną taką podróż w czasie zafundowała mi ta zmiana bloga, choć w obecnej chwili z tymi targającymi mnie uczuciami, to może być trochę niebezpieczne. Albo i w drugą stronę…
Ogólnie bardzo szkoda jest mi rozstawać się z tym miejscem. Tu już miałam sobie wszystko ułożone, nagłówek, cytaty, układ cały no i samo to, że jestem tu 11 lat ponad. Tamta wersja bloga (nowa) starałam się, żeby wyglądała podobnie, no ale nie jestem jakimś mistrzem komputerów, więc też zrobiłam wszystko jak umiałam, a bliźniaczo to chyba nie ma tam takiego samego szablonu, żebym mogła sobie dopasować. :( Szkoooda. Tak czy siak, wyjścia nie mam, więc postanowiłam, ze tutaj będę pisać do końca tego roku a od 1 stycznia, nowe wpisy będą pojawiać się już tam. Platforma tutaj „czynna jest do 31.01 także, akurat miesiąc jeszcze będzie, żeby kto chciał mnie poczytać mógł zobaczyć, że teraz już ta historia dzieje się na blogspocie a nie tu. Swoją drogą ciekawe, jak to będzie wyglądać jak zamkną blog.pl, wszystko zniknie czy po prostu nie będzie można pisać? No nieważne..
Na koniec, jeszcze przed życzeniami wstawiam już mój nowy adres blogowy:
Póki co, są tam te wczesne wpisy a z czasem będę sobie wszystko przenosić.
A teraz wszystkim czytelnikom, którzy mnie tu jeszcze odwiedzają życzę:
Zdrowych, Wesołych, Rodzinnych Świąt, dużo wypoczynku, spokoju ducha, miłości, małych cudów i małych i tych większych szczęść… Niech te święta będą czasem wielkiej życzliwości i miłości :*

czwartek, 14 grudnia 2017

„Lepiej nie mówimy nic, lepiej nie mówmy nic…”

Mam ostatnio mega szał na „Stare Dobre Małżeństwo”, które to znam od dziecka, które puszczał zawsze tata. Teraz przy ich dźwiękach nawet gotuję i piekę. Lubię rozumieć te słowa po swojemu… Tak wiele mogłyby powiedzieć teraz o moim życiu.
Grudzień, który nadszedł, ostatni miesiąc tego popierniczonego roku, daje nadzieję, że ten rok nie pójdzie tak całkiem na straty. Zrobiło się trochę stabilniej. W moim związku znów trochę cieplej, wedle obietnicy, że zaczynamy od nowa – tak też jest. Chodzimy na randki, klimat świąteczny sprzyja. Byliśmy w kinie na Listach do M3, film meeega, najlepsza część jak dla mnie…
Miasto tak ładnie ustrojone, dobre na randki :)
Zrobiłam sobie przerwę od pracy, żeby ogarnąć uczelnię, ale i też mieć trochę czasu dla siebie, dla nas i dla domu. I trochę naładować akumulatory, zebrać energię, bo dużo przede mną. Co do studiów to znów nazbierało się wszystkiego, zaraz zaliczenia, tyle pracy, muszę sobie rozpisać co i jak – tak mi łatwiej będzie ogarnąć. Kalendarze na przyszły rok kupione, powoli zapełniam już kartki stycznia, a reszta taka pusta, taka niewiadoma…
Tak bardzo czekam teraz na te święta, w końcu szykuje się mega rodzinna wigilia, taka, jaką miewałam w dzieciństwie. Taka, o której marzyłam od tylu lat… Nie mogę się doczekać :) Od razu wszystko mnie tak cieszy :)
Historia z „Y” gdzieś tam się toczy w oddali. Czasem piszemy, często zadajemy sobie pytanie „co by było gdyby?” , choć przecież to bez sensu. Myślę jednak, że jeżeli ma być dobrze między mną a K., to ta historia musi się skończyć. Chciałabym doprowadzić ją do końca, choć tyle we mnie sprzeczności i nadal tyle emocji, choć troszkę mniej niż wcześniej, ale jednak. Zobaczymy, może do końca roku jeszcze da się to ogarnąć… Ciekawa jestem jakie emocje miałabym w sobie gdybyśmy w końcu się spotkali. Jakoś tak, sama nie umiem sobie tego wyobrazić…

A ogólnie to widzę info, że blog.pl zamyka portal :( kurczę, nie można przenieść adresu bloga nigdzie indziej, pozostaje skopiować treści i wkleić na nowy. Ychhh :/ wkurzyłam się. W końcu ten blog istnieje od 10 lat i chciałam, żeby tu został, nie planowałam go zamykać, póki starczy mi sił i czasu na pisanie :/ To było takie moje miejsce w sieci, gdzie dorastałam a teraz jak to ogarnąć, żeby w nowym miejscu było wszystko łącznie z datami starych wpisów? Ych będzie musiała się tym zająć i wgłebić na innych portalach. Mam czas do 31.01 :/

poniedziałek, 27 listopada 2017

„Ile łatwiej by nam było, gdyby był łaskawszy dla nas czas?”

Życie bawi się moimi uczuciami i miota nimi na wszystkie strony.
Za każdym razem jak zaczyna być dobrze, to znów się psuje. A jak się psuje to dziwnym trafem pojawia się znów „Y” i wszystko staje do góry nogami. Totalna karuzela. Ja niedługo oszaleje przez to wszystko..
Ja sama już nie wiem co czuję. Serce w milionach kawałków. Z jednej strony mega kryzys z K., z drugiej kiedy wykrzyczałam, że ma się wyprowadzić a on powiedział, że okej, że się spakuje i wyjdzie to poczułam jak bardzo tego nie chcę, że jednak kocham go i tyle razem już przeszliśmy i że nie chce być bez niego…
Druga sprawa to „Y”… Oboje wiemy, że to wszystko nie ma sensu, że piszemy bo piszemy, że razem nie będziemy nigdy, że to wszystko to przeszłość. Ja wewnątrz siebie wiem też, że nie stworzylibyśmy szczęśliwego związku, jeśli jest taki jak wcześniej. Ale…. dlaczego on odzywa się do mnie zawsze, kiedy mam kryzys z K., mimo, że przecież on o tym nie wie? jakby siedział mi w głowie. A co najlepsze, jestem zaskoczona, że on czuje dokładnie to samo, co ja. Jakby czytał mi w myślach. Powtarza z nią ten sam schemat, który ja z K. . Po tej rozmowie wcześniejszej, oboje czujemy dokładnie to samo i się miotamy i też przenosimy to na swoje związki. Ale przecież my nie wiemy jakby było gdybyśmy razem byli, może wcale nie byłoby tak kolorowo, idealizujemy to oboje, bo takie są nasze życzenia….
Już to kiedyś pisałam, ale serio czuje się jak bohaterka jakiejś powieści. To, co się dzieje to ekstremalna uczuciowo sytuacja, z której nie ma dobrego rozwiązania. Nie ma. Co bym nie zrobiła, to ktoś będzie cierpiał.
Ostatnio z „Y” zaczęliśmy się zastanawiać, czy to dobrze, że o tym pogadaliśmy wtedy, czy jednak nie..
Oto, jak przeszłość może dużo jednak namieszać w życiu…
Przytłacza mnie życie ostatnio, jesień beznadziejna, zima beznadziejna… Jestem rozwalona….
Ale wiem, że póki co chce walczyć o K., jednak to jest dla mnie w pewien sposób „bezpieczna przystań”, której chcę się trzymać. I liczę, że los sam jakoś wszystko poukłada, żeby było dobrze… Co ma być to będzie, nie pozostaje mi nic innego niż oddać się upływającemu czasowi. Póki co nie mam innego pomysłu…

„Ile łatwiej by nam było, gdyby był łaskawszy dla nas czas?
Jakby tak się urodziło w innej erze każde z nas..
Kiedy znowu świat nastraszy swoim końcem,
Uciekniemy czarną drogą tam, gdzie każde z nas ma jeszcze jakieś słońce.
Ty donikąd, ja za Tobą….” 

środa, 8 listopada 2017

„Rozpędzamy tutaj ten jeden atom miłości, ale nikt nie ułatwia nam drogi…”

Miałam korzystać z każdego dnia października, który tak uwielbiam… Tiaaaaa, to pokorzystałam. Nawet nie wiedziałam, że już minął. Nawet nie zarejestrowałam w swojej głowie i czasoprzestrzeni, że mamy już listopad. Toć to szok i niedowierzanie.
Ostatnio moje życie to taki rollercoaster, że nie ogarniam. Lubie żyć intensywnie, ale teraz jest aż za. Codziennie studia, a w dni wolne od uczelni, całodniowe zmiany w pracy. Nie mam kiedy sprzątać, nie mam kiedy się uczyć/przygotowywać do zajęć, nie mam kiedy chodzić na wf, nie mam kiedy iść na zakupy, nie mam kiedy pochodzić na kijkach, nie mówiąc już o takich luksusach jak spotkanie się z koleżanką na kawę czy coś… Książki czytam tylko w komunikacji miejskiej, choć nie zawsze nią jeżdżę, bo jak mam napięty grafik to jeżdżę autem dla oszczędności czasu. Na dłuższą metę tak nie można… Dlatego zastanawiam się jak to rozegrać. Jeszcze nigdy nie miałam tak długotrwałego zapierdzielu.
Byle do lutego. Wtedy zmieni mi się plan zajęć na studiach i może będę miała jakoś więcej dni wolnych, żebym mogła też zarobić. Ych…
A co do października, to jakoś tak nie był to dobry miesiąc, choć ulubiony. Jakoś dużo nerwów ze wszystkich stron. Może i dobrze, że tak szybko się skończył?
Czekałam na końcówkę października, bo miałam spotkać się z „Y”. Jeszcze tydzien przed zapewniał, że aktualne, że chce, że się odezwie. A oczywiście powtórzył się schemat, że parę dni przed, gdy chciałam potwierdzić to spotkanie, to przestał się odzywać i nawet nie raczył odpisać na wiadomość. W związku z czym, do spotkania nie doszło. I już chyba nigdy nie dojdzie. To takie dziwne, bo jak nie odpisywał to w sumie poczułam taką jakby ulgę?, tak, jakby to spotkanie miało być jakimś obowiązkiem, który mi odpadł gdzieś tam… Inna sprawa to też to, że akurat w tym momencie byłam totalnie rozwalona psychicznie z innych powodów i za bardzo nie miałam głowy do tego typu spotkań i rozmów. Bo tak, chciałam się z nim spotkać, choćby ten ostatni raz, ale jakoś nie wtedy. Więc może i tak miało właśnie być?
W sercu czuję już coraz mniej. Tylko jak bardzo o tym myślę i przypomnę sobie jego słowa bądź, gdy przyjdzie mi na myśl jakieś nasze wspomnienie to jeszcze boli gdzieś tam. Ale tak na codzień, jeżeli myślę o nim w takim zwykłym codziennym kontekście, to czuję coraz mniej, mniej już tych emocji, nastąpiło takie pogodzenie z losem i przekonanie, że to co teraz mam jest dobre. I dla mnie najlepsze.
A rozmowa z moją prababcią ostatnia uświadomiła mi, że w żadnym związku nigdy nie jest idealnie i że nawet gdy związek wygląda z zewnątrz super, to że niekoniecznie tak jest w środku. Każdy ma mniejsze lub większe problemy i jakoś trzeba to unieść, a nie rezygnować tak łatwo… Nie można skupiać się tylko na wadach, nic nie trwa wiecznie i czasem pewne rzeczy można wypracować. Wiem, że muszę zacząć od siebie… Odkąd zaczęłam to tak postrzegać to w naszym związku zrobiło się jakby lepiej. Może ja to wszystko demonizowałam, a sytuacja z „Y” tylko dolewała oliwy do ognia? Wiem, że były sytuacje, które wyolbrzymiałam, szukałam drobiazgów, byle się doczepić, czasem sama prowokowałam kłótnie. Często miewałam myśli, że gdyby nie K. to byłabym z Y. I rodził się jakiś żal. To bardzo złe i destrukcyjne dla nas. Już to rozumiem. I chcę zmienić.
Także no… listopad rozpoczął się dobrze, mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma. ;)

czwartek, 5 października 2017

Say something, I’m giving up on you…

Nigdy niekończąca się historia, Never Ending Story… – tak zaczęłam to nazywać…
Miał być koniec. Zero rozmów, kontaktów, choć czekałam na nie wiem co. Serce czekało. Bo to jest coś niedokończonego w dalszym ciągu. Rozgrzebane, zostawione, krwawiące.
Widocznie trzeba coś z tym zrobić, choć nie wiem czy to dobry pomysł.
Teraz już zaczęło się jako tako układać Nam z K., wszystko zaczęło wracać na swoje tory, wiele przemyślałam. I kiedy wszystko znów sobie względnie poukładałam, przestałam aż tak rozpamiętywać, to znów odezwał się „Y”. I znów zmącił wodę. Komplementy, przeprosiny i prośba o spotkanie, jeżeli mamy dokończyć tamtą rozmowę i zakleić jakoś wszystko to, co zostało rozgrzebane. A ja przecież mam do niego taką słabość, że nie umiem go olać.
Wkurzam się na niego i na siebie, że za każdym razem, jak się już ugłaskam z tym wszystkim, to on znów powraca i miesza. Ale z drugiej strony…. czuję ulgę, że to nasze tamtejsze pożegnanie nie było jednak na zawsze i serce bije mi szybciej, jak do mnie pisze.
Ale dobrze, że trochę wody już od tamtej rozmowy upłynęło i że zdążyliśmy trochę ochłonąć. Ja już wiem czego chcę i nie mam już takiego zamętu w głowie i sercu. Gdyby doszło do naszego spotkania, to wiem już, co chcę mu powiedzieć i jak rozwiązać tą trudną emocjonalnie sytuację, tak żeby było dobrze.
Uważam, że potrzebujemy rozmowy face to face, żeby oczyścić atmosferę i siebie nawzajem, ustalić jak teraz ma to wszystko wyglądać.
A tymczasem… październik mój ukochany, który miał być wyjątkowy… Tak żałuje teraz tego ślubu… Ale wiem, że gdyby się odbył to nie kojarzyłby mi się później dobrze. Tak miało być. Tak musiało być. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, trzeba być pewnym.
A ten rok był na maxa ciężki. Życie przeczołgało mnie emocjonalnie tak, jak chyba nigdy wcześniej… Od tamtegorocznego października, kiedy rezerwowaliśmy terminy tyyyle się wydarzyło…
W tej chwili znów budujemy z K. wszystko, co dobre – cegiełka po cegiełce. . Znów pojawiają się momenty, że się fajnie uzupełniamy, myśli, że bez niego nie wyobrażam sobie tu być. Szkoda, że to wszystko znika, jak pomyślę o jego rodzinie a szczególnie rodzicach, bo w tym jest największy problem od samego początku i to psuje nam relacje. Tak ciężko znaleźć tu jakiś pośredni punkt.
A czeka nas wspólne Wszystkich Świętych, którego ja nie chcę spędzić nawet w połowie z jego rodzicami. A on nie chce słyszeć o rozwiązaniu, że każde pojedzie do siebie.
I pomyśleć, że takie i nie tylko takie trudne sytuacje miałby mnie czekać przez całe życie… Chyba nie chce znów o tym mysleć…
Póki co cieszę się chwilą wolnego, taki październikowy mały urlop. Chcę cieszyć się każdym dniem tego mojego ulubionego miesiąca, tak szybko mija i mam nadzieję, że przy jego końcu będzie czekało na mnie coś dobrego, na co czekam…  :)))